Polish English Persian Russian Spanish Turkish

Facebook - polub nas!

Znajdź skrytkę!

Polecamy

Filmy


ADAM KUTNY

"Na manowcach - Beskid Niski"

nie wydane

 

Na manowcach - Beskid Niski

MOTTO: "Nigdy nic nie wiadomo, właśnie dlatego życie jest takie ciekawe" - zasłyszane

 

Długo zbierałem się do tego wyjazdu, po pierwsze trochę odpoczywałem po dopiero co zakończonych studiach, a po drugie nie miałem kogo namówić na ten wyjazd. Wszyscy świeżo upieczeni inżynierowie rzucili się od razu w wir pracy i tylko ja postanowiłem zrobić sobie wakacje. Zbliżała się już połowa lipca więc spróbowałem namówić na góry mojego sąsiada - Grześka, który co prawda miał niecałych siedemnaście lat, ale za to dużo zapału do wędrówki. I tak po spakowaniu plecaków wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy w góry. Naszym celem był Beskid Niski.

W podróży mieliśmy szczęście, tylko do Warszawy dzieliliśmy z kimś przedział, dalej jechaliśmy sami co pozwoliło porządnie się nam wyspać. Byliśmy tylko budzeni od czasu do czasu przez zmieniających się konduktorów i emocje Grześka, który jak się okazało pierwszy raz odbywał tak daleką podróż. Pusty pociąg lekko mnie zdziwił, w końcu to środek wakacji, ale jak się później okazało jeszcze dużo rzeczy miało mnie na tym wyjeździe zdziwić.

W Krynicy byliśmy około siódmej i ku jeszcze większemu mojemu zdumieniu z pociągu wysiadły trzy osoby tzn. my i jeszcze jeden "plecakowiec", który ruszył od razu w kierunku miasta.

Musi być tu nie pierwszy raz - pomyślałem. Nam też nie pozostało nic innego.

- Kupimy tylko chleb i ruszamy - powiedziałem do Grześka.

Gdy tylko skierowaliśmy kroki do mieszczącego się naprzeciwko stacji sklepu otoczyli nas najpierw miejscowi górale proponujący najtańsze i najlepsze kwatery oraz taksówkarze, których było tu całkiem sporo jak na uzdrowisko. Podziękowaliśmy i jednym i drugim. Zrobiliśmy zakupy, założyliśmy plecaki i w trasę. Problem polegał na tym, że nie miałem ze sobą żadnej mapy, trzeba było dojść do jakiegoś szlaku - niejasno orientowałem się z widzianej w jakiejś gazecie mapy, że powinniśmy iść w kierunku szczytu o nazwie Tackowa. Nie uszliśmy nawet dwustu metrów chodnikiem od dworca gdy z piskiem opon zatrzymał się koło nas całkiem niezły mercedes - taksówka.

- Wsiadajcie, podrzucę was - zawołał do nas kierowca.

- Do szlaku ? - zapytałem po krótkim wahaniu.

Tylko skinął głową i za chwilę siedzieliśmy wygodnie w samochodzie.

- Gdzie idziecie ? - zagadnął kierowca.

- W kierunku przełęczy Beskid - odparłem.

- Wysadzę was niedaleko szlaku, kawałek podejdziecie bo tam nie dojadę.

Cała jazda trwała najwyżej dziesięć minut i już trzeba było wysiadać na końcu drogi asfaltowej w środku jakiegoś lasu - widać taksówkarz oszczędzał swego mercedesa. Skasował nas na pięć złotych i odjechał. No cóż trzeba było znowu zarzucić plecaki i maszerować. Droga najpierw prowadziła ostro pod górę by potem na bardziej płaskim terenie natrafić na jakąś wioskę o nazwie Jakubek jak odczytaliśmy na tabliczce któregoś z domów. Przecięliśmy trasę jakiegoś szlaku, ale prowadził on prosto w dół na południe w kierunku Krynicy, a my szliśmy na wschód więc zrezygnowaliśmy z niego.

- Zdaje się, że złotówa ma mgliste pojęcie o szlakach - powiedziałem do Grześka.

- A co źle idziemy - zaniepokoił się - dotychczas interesując się wyłącznie czubkami swoich butów pod przytłaczającym ciężarem plecaka.

- Jeszcze nie, ale nie wiemy gdzie jesteśmy, w każdym razie idziemy w dobrą stronę.

Zaczęliśmy schodzić w dół i po kilku minutach marszu doszliśmy do szosy przy której w towarzystwie kilku domów majaczył samotny sklep z obstawą na zewnątrz składającą się z kilku miejscowych żurków. Obrazek jak za starych dobrych czasów. Stanęliśmy na szosie i zapytałem pierwszą napotkaną osobę o drogę. Okazało się, że idziemy w zasadzie dobrze i po przejściu kilkuset metrów tą szosą skręciliśmy w leśną ścieżkę w kierunku granicy. Wydawało się, że teraz już Krynicę mamy za sobą. Idąc natrafiliśmy na kilka namiotów, lecz obozowisko jeszcze spało. Droga była prosta jak strzelił i napewno pamiętała dobre czasy PGR-ów - zresztą na jej końcu majaczyło potężne stado owiec i jakieś budynki - stąd to skojarzenie. Po niecałej półgodzinie marszu do którego już zdążyliśmy z Grześkiem przywyknąć doszliśmy do zabudowań. Zrzuciliśmy "wory" aby trochę odsapnąć.

-         Skoczę spytać jak dalej iść - powiedziałem do Grześka.

Gdy doszedłem do zabudowań ze stodoły wyszedł starszy gość.

-         Przepraszam, którędy mamy iść na przełęcz Beskid ? - spytałem.

-         Ano panie pójdziecie tu przez strumień i potem wzdłuż strumienia, aż dojdziecie do cerkwi, a stamtąd prosto w górę do granicy - poinstrułował mnie góral.

Znowu zarzuciliśmy "wory" i jakoś przeprawiliśmy się przez strumień - obyło się nawet bez zdejmowania butów. Wnet ukazała nam się cerkiew - widać, że niedawno wyremontowana, a tuż obok niej niewielki cmentarz. A my i tutaj robiliśmy przystanek. Kawałek przed cerkwią obozowała para turystów "samochodowych" i właśnie urządzili sobie śniadanko siedząc na balach "metrówkach" wyciętych przez drwali i grzejąc się przy ognisku z tychże samych bali - co byśmy zrobili gdyby nie drwale... Po obejrzeniu budynku i cmentarza skierowaliśmy się tak jak nam powiedział góral - do granicy, a że pod górkę pod górkę było tylko w jedną stronę to nie mieliśmy dylematu. Póki szliśmy przez łąki było jako tako, ale w lesie zaczęło się prawdziwe bagno. Zapadaliśmy się po łydki w błocie i kałużach w koleinach po zwózce drewna, a dodatkowo byliśmy ścigani przez roje much. Taaak... to było naprawdę przyjemne miejsce - przecież dziesięć tysięcy much nie może się mylić... Grzesiek stwierdził, że "pieprzy takie wakacje" dopóki nie ukazała się granica po której biegła sucha ścieżka i nasz "zaginiony" szlak oczywiście.

-         To granica i nikt jej nie pilnuje, a szlak idzie tędy tak po prostu ? - dopytywał się będący pierwszy raz w górach Grzesiek.

-         Cóż czasami WOP-iści robią niespodzianki i kontrolują - odparłem.

Teraz już bez przeszkód, ale co prawda ostro pod górkę, aż stanęliśmy na Ostrym Wierchu - 938m jak wynikało z mojego gazetowego ksera mapy (Krynica na tej mapie niestety się nie załapała). Gdzieś na jego północnych stokach miała znajdować się jaskinia "Zbójecka Piwnica", jednak po dzisiejszych przygodach oraz gdy spojrzeliśmy na maliny gęsto porastające stok zapadła decyzja - odpuszczamy. Zejście z Ostrego Wierchu do Wysowej - jak się okazało uzdrowiska - choć mało znanego zajęło nam nieco ponad godzinę. Oczywiście pierwszą rzeczą po przybyciu było zakupienie przez nas porządnej mapy. W kiosku wypytaliśmy się o bazę studencką, która leżała całkiem niedaleko. Zahaczyliśmy jeszcze o spożywczy i udaliśmy się do bazy, gdzie po zameldowaniu się u "panienki", która ledwo raczyła nas zaszczycić spojrzeniem rozbiliśmy namiot.

-         Ale chrust jak chcecie palić ognisko musicie sami nazbierać - poinstruowała nas jeszcze "panienka".

Próbowaliśmy, naprawdę próbowaliśmy, ale teren wokół bazy był tak ogołocony z chrustu, że w końcu powaliliśmy jakieś małe drzewko. Przy ognisku zagotowaliśmy posiłek - nieśmiertelne zupki w proszku i leżakowaliśmy przed namiotem. W tym czasie do obozowiska wkroczył ów "plecakowiec", który razem z nami wysiadł z pociągu w Krynicy. Padły standardowe pytania skąd i dokąd. My mieliśmy w planie iść szlakiem granicznym, aż do Łupkowa, a potem może dalej w Bieszczady.

-         Graniczny szlak jest mało ciekawy - powiedział na to gość - tylko las i las, żadnych widoków, ja chcę iść czerwonym szlakiem do schroniska pod Mareszką, a potem dalej na wschód.

-         Może masz rację - odparłem - jestem Adam, a to Grzegorz.

-         Przemek - przedstawił się - no to co, może ruszymy razem, będzie raźniej.

-         Chyba się skusimy, tym bardziej, że na mapie widać tu jakieś skałki i źródełka, a nie tylko jak powiedziałeś las i las.

Tak dyskutowaliśmy sobie do wieczora, a w tym czasie baza się zaludniła - pojawiło się nawet kilka samochodów... Wieczorem obsada bazy - okazało się, że nie była to tylko "miła panienka" rozpoczęła regularną imprezę, a jakaś parka tuż obok nas wyciągnęła telewizor(!) i próbowała go podłączyć do samochodowego akumulatora... Zasypialiśmy wsłuchani w odgłosy imprezy i dźwięki telewizora - muszę przyznać, że ta STUDENCKA BAZA NAMIOTOWA zrobiła na mnie duże wrażenie. Rano towarzystwo dochodziło do siebie po imprezie i spało w najlepsze, a nasza trójka zwinęła namioty i ruszyła w drogę. Trasa była zróżnicowana: mijaliśmy lasy, wioski jak Regietów i Krzywa, w górę, w dół - szczyty Kozie Żebro i Popowe Wierchy i po całym dniu marszu znaleźliśmy się w niewielkim Wołowcu ok.4 - 5km od Mareszki. Kusiło nas aby zanocować w szałasie zaznaczonym na mapie ok. 1km na południe od Wołowca lecz nie było pewne czy on naprawdę tam jest, no i mieliśmy ochotę na jakieś "tanie żółte". "Tanie żółte" była to miejscowa oranżada lub lemoniada - mieszanina "idealnie krystalicznej wody" i wszelkich możliwych E330 itp., przy czym im więcej było tych E, "tanie żółte" było w naszym mniemaniu lepsze - zawsze to trochę konserwantów, więc nie żałowaliśmy go sobie w każdej wiosce. Ten ostatni odcinek z Wołowca do schroniska pod Mareszką pokonaliśmy w godzinę i na miejscu byliśmy tuż przed zmrokiem. Niestety "tanie żółte" w schronisku nie było tanie. Rozbiliśmy namioty na przyschroniskowym polu namiotowym i dosiedliśmy się do miłej pary, która biwakowała obok nas, a dnie jak się okazało spędzała na wędrówkach po okolicznych cerkwiach. Tutaj poczuliśmy się jak w górach bo Wysowa dała nam wiele do myślenia... Gdy nasi wieczorni towarzysze usłyszeli, że idziemy dalej przez Magurę i Świerzową w kierunku Dukli ostrzegali:

-         Uważajcie za Magurą, szlak jest bardzo słabo oznakowany i można się zgubić.

-         Poradzimy sobie - odpowiedzieliśmy - dzisiaj też nie był oznakowany rewelacyjnie.

-         No, ale za to na szczycie Magury - dodali - będziecie mieli mnóstwo jagód.

Ognisko się dopalało, więc wszyscy ułożyli się do snu.

Rano my wyruszyliśmy do sklepu w Bartnem, a nasi wieczorni przyjaciele do następnej cerkwi. Oczywiście okazało się, że sklep jest czynny rano do dziewiątej i po południu w godzinach od piętnastej do siedemnastej - nie zdążyliśmy dojść na dziewiątą i - i tak całe zakupy trzeba było zrobić w schronisku. W rezultacie z małym opóźnieniem wyszliśmy na Magurę. Ilość jagód na szczycie przeszła nasze oczekiwania, więc jak szaleć, to szaleć spędziliśmy tam ponad godzinę. Za Magurą szlak wydawał się nam świetnie oznakowany, aż doszliśmy do źródełka. Na mapie było ich co prawda zaznaczonych więcej lecz my natknęliśmy się na to jedno. Dosłownie kilka minut marszu za źródełkiem stanęliśmy na rozstaju dróg i - szlak zniknął.

-         Ściągamy plecaki - powiedziałem - każdy pójdzie w jedną z dróg i szuka znaków.

Rozeszliśmy się w poszukiwaniu szlaku, a po kilku minutach spotkaliśmy się w tym samym miejscu - oczywiście okazało się, że szlaku nie ma.

-         Wyciągnę kompas - powiedział Festyniarz, czyli Przemek.

Przezwisko Festyniarza nadaliśmy mu, gdy okazało się ile niepotrzebnych, a raczej niepraktycznych rzeczy zabrał on ze sobą np. dwukilogramową(!) butlę gazową, namiot, który strasznie przeciekał (za to mało ważył - ale czy to nie można spać na dworze jak nie pada ?) no i teraz ten kompas.

-         Kompas nam chyba nie pomoże - stwierdziłem sceptyczne - na takich krótkich odcinakach lepiej chodzić na azymut.

Mimo wszystko przyłożyliśmy kompas do mapy i na tej podstawie wybraliśmy jedną z dróg. Trasa szybko przerodziła się w coś co przypominało potężną, wyżłobioną przez wodę koleinę, a do tego wypełnioną błotem, w które mocno się zapadaliśmy - na dodatek Grzesiek rozdarł sobie but. Wydawało nam się, że droga skręca w złym kierunku, ale zawracać nie było sensu. Las był tak gęsty, że mimo tego, iż dzień był słoneczny panował tu chłód i półmrok. W pewnej chwili, tuż przed nami wyrósł wóz wypełniony drzewem i dwóch ludzi - drwale to to napewno nie byli.

-         Dzień dobry, dokąd prowadzi ta droga ? - spytałem.

-         Dokąd ? A do Folusza - odpowiedział jeden z nich.

Wyglądało, że był to raczej "szaber" drzewa, więc nie wchodząc z nimi w dyskusje poszliśmy dalej. No tak, Folusz nie był zupełnie w tą stronę, gdzie zamierzaliśmy iść - więc postanowiliśmy dojść do drogi od północnej strony okrążającej Magurę i tam odbić na wschód w kierunku Zamkowej - gdzie chcieliśmy dzisiaj dotrzeć. Za jakiś kwadrans wyszliśmy na mocno połataną szosę. Tutaj już wiedzieliśmy w którą stronę iść, ale najpierw zrobiliśmy małe czyszczenie i suszenie, a Grzesiek próbował reanimować swoje buty. No i znowu zarzuciliśmy "wory" na plecy i szliśmy na wschód. Nie trwało to nawet pięciu minut, gdy za plecami dał się słyszeć warkot zbliżającego się samochodu. Obejrzeliśmy się - zbliżało się "coś" niebieskiego.

-         Łapiemy ? - spytał Przemek.

-         Nie ma go co zatrzymywać - powiedziałem - pewnie nawet nie przyhamuje, "łoimy" dalej.

Tymczasem samochód - sfatygowany duży fiat - widząc nas zwolnił, a następnie z ostrym hamowaniem zatrzymał się tuż przed nami. W samochodzie siedziały trzy osoby. Wysiadł z niego pasażer, wysoki blondyn bez koszuli i ... bez butów.

-         A dokąd wy idziecie ? - spytał.

Wyciągnąłem mapę i pokazałem mu Zamkową, gdzie szliśmy.

-         Wiecie - powiedział trzymając mapę (do góry nogami zresztą) - ja tam się na mapach nie wyznaję, ale wiem gdzie to jest, możemy was podrzucić.

Spojrzeliśmy niepewnie po sobie, lecz doszedłem do wniosku, że z gośćmi lepiej nie dyskutować bo najwyraźniej mieli trochę "wzięte".

-         To co jedziecie, czy nie ? - rzucił zza kierownicy kierowca - byczek trzy razy taki jak ja.

-         Jedziemy - przytaknąłem szybko i zaczęliśmy pakować się do wozu.

Pruliśmy tak, że za nami i przed nami był tylko kurz, a o podwozie waliły kamienie, z przodu zaś siedzieli górale - w tym jeden balansował nad drążkiem zmiany biegów, a z tyłu my, w trójkę, przywaleni naszymi plecakami zza których nie było nas wcale widać. Z mętnych opowiadań wynikało, że byli w trakcie opijania urodzenia się dziecka owego blondyna bez koszuli, a ponieważ trwało to już któryś dzień z rzędu, żona szczęśliwego tatusia zabrała mu buty - no, ale tatuś poszedł w Polskę bez butów... Po kilku kilometrach jazdy kierowca nagle się zatrzymał.

-         No, to teraz się zatrzymamy - powiedział.

Struchleliśmy. No pięknie, leżymy - pomyślałem.

-         Nie bójcie się - dodał blondyn - wysiądziemy na chwilę.

Wygramoliliśmy się na zewnątrz spod naszych "worów", a kierowca otworzył bagażnik i powiedział:

-         No to teraz się napijemy.

W bagażniku znajdowała się skrzynka wina w typie "Arizona". Blondyn wziął jedną butelkę i otworzył, a następnie podał Przemkowi. Ten nie zdążył podnieść jej do ust, gdy wmieszał się w to milczący do tej pory trzeci z górali.

-         Czekajcie - powiedział - będziemy kulturalnie pić - i wyciągnął z samochodu nie pierwszej czystości szklankę.

Po którejś kolejce z rzędu przeszliśmy na ty. Ten bez koszuli miał na imię Bogdan, kierowca Adam, tak jak ja, a trzeci Krzysiek. Na tym postoju przepijając do siebie opróżniliśmy kilka butelek.

-         Macie prawo jazdy - spytał kierowca - Adam.

-         Ja nie mam - odparł Grzesiek.

-         Ja mam... - powiedziałem ostrożnie.

-         Ja też, ja też !!! - zaczął wyrywać się Festyniarz.

-         To co poprowadzisz ? - spytał góral.

Oczywiście Przemek zgodził się chętnie i znowu usadowiliśmy się w samochodzie. Krzysiek zajął miejsce Festyniarza, a Adam balansował na skrzynią biegów. Przemek prowadził. Początkowo szło nieźle, bo wolniej niż do tej pory.

-         Chyba hamulec nie działa - powiedział w pewnej chwili Przemek.

-         Poczekaj, pokażę ci - odparł Adam, pakując przy tym nogę na pedał hamulca.

-         O tak - dodał - teraz wiesz ?

-         Tak łapię.

Włosy stawały mi dęba jak to widziałem. Jechaliśmy dalej i wydawało się, że Przemek  już opanował technikę działania pedałów w wozie gdy nagle, podczas podjeżdżania na jakieś wzniesienie zgasł silnik. Samochód zaczął staczać się w tył szosy, a Festyniarz krzyknął ostrzegawczo:

-         Hamulec nie działa !!!

Obejrzałem się - za nami drogą toczył się wóz konny wyładowany drzewem. W tym momencie górale wyskoczyli z samochodu i została w nim tylko nasza trójka. Przemek widząc za nami wóz gwałtownie skręcił i zaryliśmy tyłem w pobocze. Zapadła cisza. Jak do tej pory nam się nie dostało, tak teraz oberwiemy - pomyślałem. Wysiedliśmy z samochodu, sytuacja nie była zła - chyba tylko tylny zderzak odczuł trochę to lądowanie. Cała szóstka bez słowa wzięła się za wypychanie wozu z powrotem na drogę. Po kilku minutach wysiłku "nasz fiat" stał na szosie. Adam zaczął oglądać go ze wszystkich stron - cały czas obawiałem się najgorszego - a on stwierdził:

-         No teraz to już ja poprowadzę...

I bez dalszych ceregieli znowu wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej. Jazda trwała może jeszcze piętnaście minut, zatrzymaliśmy się przy małej polance z niewielkim, drewnianym szałasem.

-         To tutaj - powiedział Bogdan - pójdziecie tą ścieżką od polany w górę i wyjdziecie prosto na kaplicę.

Jednak nie rozstaliśmy się tak szybko, bagażnik znowu został otwarty, a jego zawartość opróżniono tym razem do końca. Był szalony taniec na boso po polanie i skakanie po dachu samochodu, a gdy skończyło się wino Adam wsiadł i pojechał po dokładkę, przy czym wracając, zaparkował centralnie w zagajniku z młodych świerków.

-         Przyjeżdżajcie do mnie nad moooorze... - zapraszał niewyraźnym głosem Grzesiek naszych nowych przyjaciół.

-         Tak, tak, ale chyba musimy się już zbierać - powiedziałem w pewnym momencie - wypadałoby przed zmrokiem być w kaplicy.

Spodziewałem się jakiś oporów z ich strony, ale nie, pożegnaliśmy się, znowu zarzuciliśmy plecaki (z trudem) i ruszyliśmy ścieżką pod górę - z polany pomachała nam trójka górali. Po chwili usłyszeliśmy warkot silnika i zniknęli równie nagle jak się pojawili. Ścieżka nie była bardzo stroma, ale po dzisiejszej imprezie wyciskała z nas siódme poty. Po jakimś kwadransie marszu Grzesiek nagle, tak jak szedł, tak przewrócił się prosto na twarz i stracił przytomność. Było to klasyczne "urwanie filmu".

-         Pierwszy raz w życiu widzę taką akcję - odezwałem się.

-         Facet nie reaguje na bodźce - dodał Przemek poruszając bezwładną ręką naszego "trupa".

-         Do kaplicy już na pewno nie dojdziemy.

-         Tak na pewno - zgodził się Festyniarz.

-         Nie ma wyjścia schodzimy na dół - stwierdziłem - najpierw zejdę i zniosę plecak swój i Grześka, a potem wrócę i zniesiemy go za ręce i za nogi.

-         OK.

Nie było rady wziąłem dwa plecaki i zszedłem na dół, gdzie zbunkrowałem je w szałasie na polanie. Po góralach nie było śladu. Potem znowu w górę - wróciłem do Przemka i znieśliśmy "zwłoki" na polanę. Zapakowaliśmy Grześka w śpiwór i ułożyliśmy na karimacie w szałasie, a sami, ponieważ wieczór był ciepły postanowiliśmy spać na zewnątrz - na trawce. Przed snem rozparcelowaliśmy jeszcze puszkę mielonki turystycznej i napiliśmy się herbaty. Zrobiło się ciemno, leżałem w śpiworze i wpatrywałem się w gwiazdy. To był męczący dzień i już prawie zasnąłem, gdy znowu usłyszałem silnik. Po chwili przy polanie na szosie zatrzymał się motocykl, a zaraz za nim nadjechał jakiś samochód. Towarzystwo najwyraźniej "lekko wcięte" brało się za rozpalanie ogniska. Nie widzą nas, jesteśmy w drugim końcu więc lepiej leżeć cicho i spać - pomyślałem.

- Śpimy ? - spytał Festyniarz.

-         Śpimy - odparłem - niech balangują.

Tamci faktycznie siedzieli przy ognisku i nie ruszali w naszą stronę. Chyba zasnąłem i ocknąłem się gdy z mroku wynurzyły się dwie postacie.

-         Tu ktoś leży - usłyszałem.

-         A leży, leży - odezwałem się.

-         Co tu robicie ?

-         Jak widać nocujemy.

-         Skąd jesteście ? - dopytywali się.

-         Z Gdańska.

-         A, z Gdańska, może napijecie się z nami ? - spytał jeden z nich.

-         O nie mamy dość - odparłem - cały dzień dzisiaj piliśmy z tutejszymi chłopakami.

-         Z kim ?

-         Z Bogdanem, Adamem i Krzyśkiem, jeżdżą niebieskim dużym fiatem.

-         No tak, oni cały czas piją. To cześć, trzymajcie się.

-         Dobranoc - odpowiedzieliśmy chórem z Przemkiem.

Odeszli, a ja od razu zasnąłem. Rano obudził mnie jakiś szmer, spojrzałem na zegarek - była szósta. W szałasie Grzesiek wstał i ubrał się, a następnie usiadł, rozglądał się przez chwilę, a potem rozebrał się i ponownie położył w śpiworze. Chyba mu się godziny pomieszały - pomyślałem i przewróciłem się na drugi bok. Około dziewiątej wszyscy byliśmy już przebudzeni. Grzegorz wyglądał mocno niewyraźnie i rozglądał się za czymś do picia - chleb nam się skończył więc poprzestaliśmy na ugotowaniu herbaty. Przy tym śniadaniu okazało się, że Grzegorz nie pamięta, że szliśmy wczoraj do kaplicy - był przekonany, iż w ogóle nie ruszaliśmy się z polany. Dopiero znajdowane po drodze przedmioty - łyżka, baterie, a nawet pasta do zębów, przekonały go, że naprawdę tu szliśmy. Prawdopodobnie wypadły one gdy znosiłem plecak Grześka na dół. Tym razem dotarliśmy do kaplicy, a zajęło to nam około pół godziny. Był to niewielki budynek murowany, z otwartym wejściem zabezpieczonym kratą, tak, że można było oglądać wnętrze. Obok stała mała, drewniana przybudówka - była ona otwarta. Znajdował się tam stół, konfesjonał, jakieś portrety i świece. Prawdopodobnie wszystko to służyło przy odbywających się tutaj (podobno) od czasu do czasu pielgrzymkach. Grzegorz chorował i stwierdził, że dalej nie da rady iść.

-         Zrobimy dzień przerwy - powiedziałem - zanocujemy tutaj, odpoczniemy, a jutro ruszymy dalej.

-         A żarcie ? - spytał Festyniarz.

-         Zejdziemy do sklepu, a Grzegorz zaczeka tutaj i popilnuje plecaków.

Jak powiedziałem, tak zrobiliśmy, a ponieważ kaplica leżała po drugiej stronie grani od której przyszliśmy to teraz mieliśmy z górki. Skierowaliśmy się do najbliższej miejscowości - Mrukowej, w nadziei, że będzie tam otwarty sklep spożywczy. Idąc zastanawialiśmy się, które ze wzgórz po naszej lewej stronie (w-g mapy) to Zamkowa Góra. Zboczyliśmy nawet na chwilę, żeby to sprawdzić, ale nie natrafiliśmy na oznaczone na mapie skałki. Las skończył się nagle i przy samym jego skraju ujrzeliśmy zabudowania Mrukowej. Przed domem przy drodze siedziała za stołem rodzina. Podeszliśmy tam.

-         Dzień dobry, przepraszam - spytałem - jest tu sklep spożywczy ?

-         Jest, jest - odparł mężczyzna siedzący przy stole - ale czekajcie i tak tam jadę, więc was podrzucę.

Struchleliśmy - znowu to samo ?! Ale facet wyglądał niegroźnie i wydawał się całkiem sympatyczny.

-         Dziękujemy - odparłem - a gość wsiadł do stojącego obok samochodu, a my oczywiście za nim.

Droga zajęła nam góra pięć minut lecz zdążyliśmy wypytać się o Zamkową i kaplicę. Dowiedzieliśmy się, że w tym miejscu ukazała się niegdyś Matka Boska, a kamień z odciskiem jej stopy jest wmurowany w ścianę kaplicy. W sklepie zaczęliśmy od "taniego żółtego", które tu było tanie, a potem zrobiliśmy resztę zakupów. Facet odwiózł nas pod sam las, podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem było pod górkę. Grzegorza zastaliśmy siedzącego na schodkach przed budynkiem.

-         No i jak - spytał Festyniarz - lepiej ?

-         Napijesz się herbaty ? - dodałem.

-         Tak, herbaty bym się napił - odparł Grzesiek - ale na tym koniec.

Okazało się, że podczas naszej nieobecności było tu sporo ludzi, a jedna rodzinka zostawiła "biednemu chłopaczkowi" Grześkowi cukierki i puszkę Fanty, których on nie był w stanie nawet ruszyć. Resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku przez nikogo już nie niepokojeni. Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy świecach na schodkach przed kaplicą Festyniarz zaczął opowiadać jakieś niesamowite historie - wampiry, strzygi itp., tak, że mimo, iż początkowo zamierzaliśmy nocować na dworze zdecydowaliśmy się na spanie w przykaplicznej przybudówce. Zapaliliśmy tam świece - było jeszcze bardziej niesamowicie - pod ścianą konfesjonał, a ze ścian, z obrazów spoglądały na nas twarze jakiś świętych, stara szafa, drabina, a na podłodze, na środku my na karimatach. Wewnątrz zaparzyliśmy jeszcze po herbacie na maszynce Przemka i położyliśmy się spać. Po kilku minutach, w ciemnościach rozległy się wyraźne kroki - jakby ktoś krążył wokół naszej kryjówki.

-         Słyszycie ?! - wszyscy zadali to pytanie.

Kroki to przybliżały się, to oddalały, coś łomotało i dzwoniło.

-         Wstajemy - złapałem za ramię Festyniarza.

Przemek zapalił latarkę, złapaliśmy za stół i zatarasowaliśmy nim drzwi. W świetle latarki dostrzegłem jakiś ruch, poświeciliśmy i ... ukazały nam się dwie wiewiórki - popielice, które biegając wkoło pod sufitem powodowały owe odgłosy, a trzecia wyjrzała Festyniarzowi z plecaka. Przede wszystkim zabezpieczyliśmy plecaki, zwierzątka nie zdążyły jeszcze się dobrać do naszych zapasów, ale jako goście położyliśmy na stole kromkę chleba i trochę orzeszków. I znowu położyliśmy się spać, ale buszowanie trwało całą noc - coś biegało po mnie, czasami śmigało mi koło głowy, a w pewnym momencie obudził mnie okrzyk:

-         Ona tam jest ! Ona tam jest ! - powtarzał Grzesiek, oświetlając wiewiórkę siedzącą na opartej o ścianę drabinie.

Nie wiem kto był bardziej wystraszony ... W efekcie, gdy tylko zrobiło się jasno, czyli o czwartej rano wszyscy byliśmy rozbudzeni.

-         Chyba wyjdziemy od razu - zaproponował Przemek.

-         Pewnie pospać to tu nie pośpimy - zgodziliśmy się z Grześkiem.

Nie robiliśmy nawet śniadania - było za wcześnie. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę - zamierzaliśmy dzisiaj dotrzeć do Chyrowej i zatrzymać się w tamtejszym schronisku. Odległość nie była duża więc powinniśmy dojść tam wcześnie. Natrafiliśmy na czerwony szlak i szliśmy wzdłuż niego, zwierzęta - sarny, zające, jakby zdziwione naszą obecnością o tej porze, były mniej płochliwe. Idąc nabijaliśmy się z Grześka jak to wystraszył wiewiórkę. Niestety szlak znowu się urwał i nasze poszukiwania dalszych znaków spełzły na niczym, a ponieważ natrafiliśmy na drogę, postanowiliśmy nie przedzierać się przez las i pójść tą właśnie drogą. Po kwadransie marszu okazało się, że i tym razem zostaliśmy wyprowadzeni na manowce - droga doprowadziła nas prosto do polany, na którą dwa dni wcześniej przywieźli nas "nasi" górale. Usiedliśmy zrezygnowani na środku drogi - była siódma - Festyniarz wyciągnął palnik i zagotowaliśmy herbatę. Siedząc na drodze w porannym słońcu i popijając gorący napój stwierdziliśmy, że trzeba dalej iść tą drogą - kierunek wydawał nam się dobry. Po pół godzinie takiego leniuchowania szliśmy dalej, niedługo ukazały się nam zabudowania Desznicy, teraz zgodnie z mapą powinniśmy dotrzeć do Kątów, a stamtąd przez wzgórza Łysa Góra i Polana prosto do Chyrowej. "Łoiliśmy" więc dalej, a Desznica, jak wszystkie wioski w górach ciągnęła się i ciągnęła. Na mapie zaznaczona była dróżka ze wsi prosto do zgubionego przez nas szlaku, w środku wsi skręciliśmy w jedną z dróg prowadzących w górę - miała ona zaprowadzić nas do Hłabowa. Na mapie wyglądało to bardzo prosto - droga wzdłuż strumienia prosto pod górę, jednak w rzeczywistości, gdy tylko weszliśmy w las droga przerodziła się w ścieżkę, w końcu wszystko wydawało się nam tak zarośnięte pokrzywami, że po prostu szliśmy przed siebie. Walczyliśmy z chaszczami chyba z godzinę i wyszliśmy znowu na jakąś drogę. Niedaleko jednak znajdował się przystanek PKS-u "Hłabów" więc można powiedzieć, że trafiliśmy, chociaż szlaku wciąż nie było. Ponieważ ta droga także powinna prowadzić do Kątów schodziliśmy nią w dół. W końcu w oddali ukazały nam się zabudowania, a przed nimi dosyć spory most - według mapy nad Wisłoką. Festyniarz zaproponował, aby zatrzymać się tu i przenocować pod mostem - tego jeszcze nie przerabialiśmy. Na moście znowu spotkaliśmy szlak, a że przechodził on także obok sklepu spożywczego zrobiliśmy tam postój. Przed sklepem na ławeczce, wygrzewając się w porannym słońcu siedział jakiś dziadek i sączył piwko. Gdy zobaczył nas przed sklepem spytał:

-         Cześć chłopaki kiedy przyjechaliście ?

-         No, w poniedziałek ... - odpowiedzieliśmy lekko zdezorientowani.

-         No widzicie, bo ja w czterdziestym piątym.

I zaczął snuć opowieści, jak to tu było ciężko - nie było dróg, więc jeździło się strumieniami - bardzo sympatyczny gość. "Wrzuciliśmy" po Snickersie, a Przemek kupił butelkę wina w typie Arizona - chyba się uzależnił. Gdy wychodziliśmy ze sklepu rzucił mi się w oczy znajomy, niebieski duży fiat. Podeszliśmy tam - za kierownicą siedział Adam, a z tyłu mała dziewczynka ze starszym mężczyzną. Adam gdy nas zobaczył nas powiedział tylko:

-         Cześć chooopy...

A my widząc, że nie chce wdawać się w rozmowę rzuciliśmy:

-         Cześć !

No i ruszyliśmy na Łysą Górę. Niestety pogoda zaczęła się psuć, weszliśmy w chmury i na wierzchołku nie mieliśmy żadnych widoków. Szliśmy granią, lecz w pewnym momencie, na przełęczy szlak gdzieś zniknął (znowu !). Jak zwykle rozdzieliliśmy się i szukaliśmy znaków, a gdy to nic nie dało Festyniarz wyciągnął kompas i kręcąc mapą na wszystkie strony ustalał właściwy kierunek. W końcu zdecydowaliśmy się na trasę, która wydawała się nam dalszym ciągiem właściwej grani. Jednak im dalej szliśmy tym większe mieliśmy wątpliwości czy aby na pewno dobrze idziemy. Na domiar złego deszcz rozpadał się na dobre. Wyszliśmy na skraj lasu i w dole ukazała się nam jakaś wioska. Patrząc na mapę nie miałem złudzeń, że to Chyrowa - jednak Festyniarz miał jeszcze nadzieję. Zeszliśmy więc na dół - oczywiście okazało się, że to Myscowa, która jest bardziej na zachód od Chyrowej. Na jakimś przystanku autobusowym schowaliśmy się, aby się trochę osuszyć i coś zjeść, a przy okazji wypytałem się jak dojść stąd do naszego celu. Pogoda zaczęła się przecierać wiec znów zaczęliśmy maszerować, w lesie natknęliśmy się na domostwo, przy którym według mnie należało skręcić w lewo, ale Przemek przykładając kompas do mapy uparł się aby iść prosto.

-         Mnie jest w zasadzie wszystko jedno dokąd dojdziemy - powiedziałem - niech ci będzie.

-         Szybko się decydujcie - dorzucił Grzesiek - robi się późno.

Dochodziła siedemnasta, a szliśmy od czwartej rano, więc nie dyskutując dalej poszliśmy według wariantu Festyniarza. Weszliśmy w las, który długo, oj długo nie widział człowieka. Na dróżce, którą szliśmy, mimo, że się rozpogodziło panował półmrok, a ogromnych rozmiarów drzewa sprawiały niesamowite wrażenie. Nie było tam żadnej niskiej roślinności, a ściółkę tworzyły tylko wyschnięte opadłe igły. Z każdym krokiem Festyniarzowi rzędła mina. Po godzinie marszu było jasne, że tędy do Chyrowej napewno nie dojdziemy. Przemek wyciągnął kompas, huknął nim o ziemię, a następnie zaczął na nim skakać i wdeptywać go w drogę. Tak oto skończyła się historia pewnego kompasu. Za jakiś czas natknęliśmy się na potok.

-         Jest po szóstej - powiedziałem - nie ma co dalej iść, zaobozujemy tutaj.

-         Dobra, dobra - z wyraźną ulgą zgodzili się Grzegorz i Przemek.

Teren przy potoku był stromy i nie nadawał się na obóz. Wyszliśmy nieco wyżej, na drugą stronę dolinki, którą płynął potok. Las tu się urywał i teren pokrywała trawa, wysoka do pasa - jednym słowem połonina. Zaczęliśmy od wygniatania tej trawy przy pomocy karimat, aby rozbić namioty. Z ciekawości wszedłem na będący tuż obok szczyt wzgórza i rozejrzałem się - przede mną rozciągało się morze traw. Gdy wróciłem chłopaki wyraźnie coś kombinowali.

-         Pełno tu robactwa w tej trawie - zaczął Przemek.

-         A jak ktoś nas nakryje - dodał Grzesiek - pewnie nie można tu biwakować.

Od słowa do słowa okazało się, że jednak chcą dojść do Chyrowej.

-         Do zmierzchu mamy trochę czasu - powiedziałem - nie chce mi się za bardzo, ale możemy iść, tylko jeden warunek - ja prowadzę.

I znowu ruszyliśmy zataczając pętlę w kierunku północno wschodnim, gdzie według mnie powinna znajdować się Chyrowa. Nie było źle, w zasadzie, gdy w niższych partiach minęliśmy dolinkę z naszym potoczkiem schodziliśmy już zboczem w dół - tylko zarośla, a przede wszystkim maliny dały nam popalić. Byliśmy cali w pajęczynach, igłach i liściach - jak gdybyśmy przez tydzień nie wychodzili z lasu. W końcu, nieźle już wykończeni wyszliśmy z lasu na szosę i chyba bardzo blisko owej upragnionej Chyrowej. Myślałem o tym, że może zatrzymam jakiś samochód i upewnię się, gdy szturchnął mnie Przemek.

-         Patrz tam, na polanę.

Leżała tam sterta plecaków, a obok niej siedział chłopak, tak zaskoczony naszym pojawieniem się znikąd jak my jego widokiem.

-         O fajnie - ucieszyłem się - spytamy się czy to na pewno ta droga.

Podeszliśmy do niego, tacy umorusani musieliśmy robić niezłe wrażenie.

-         Cześć, czy ta droga prowadzi do Chyrowej ? - spytaliśmy.

Popatrzył na nas pytającym wzrokiem i rzekł:

-         Par le vu France?

 

Postscriptum

Zdradzę, że jeszcze tego samego dnia po szesnastu godzinach marszu dotarliśmy do Chyrowej, a więc droga była dobra... A teraz po kolei: Owa baza studencka w Wysowej, która zrobiła na nas takie wrażenie została zlikwidowana i przeniesiona w inne miejsce - mam nadzieję, że nie razem z obsługą; wiewiórki z kaplicy mieszkają tam do dzisiaj i cały czas są równie gościnne - sprawdziłem osobiście - w okolicy Magury utworzono Magurski Park Narodowy, poprawiono oznakowanie szlaków - teraz nie można tu się zgubić; Grzesiek tak jak był, tak dalej jest moim sąsiadem, z Festyniarzem utrzymuję czasami kontakt, trochę chodzi po górach, a obecnie więcej śmiga na snowboardzie, a po znajomych z Desznicy zostały mi tylko adresy zapisane na starej mapie i kilka zdjęć nienajlepszej ostrości...

 

wrzesień - grudzień 1999

 

więcej opowiadań moich i nie tylko znajdziesz TUTAJ